Jak zerwać z nałogiem?

Dla większości kojarzy się z oddziałem zamkniętym, MONAR-em, warunkami świetlicowo-szpitalnymi. Często z piętrowymi, twardymi łóżkami w kilkuosobowych salach, z odcięciem od wolności i z lekami mającymi zredukować objawy odstawienia. Z przymusem, z decyzją sądu lub presją zmartwionej rodziny. Czy zawsze tak wygląda zerwanie z narkotykami?

Historia Marii

Poznaję ją na tygodniowym, zagranicznym seminarium połączonym z konferencją na temat pracy z młodzieżą zagrożoną wykluczeniem społecznym. Jest drobna, mierzy może metr sześćdziesiąt, nosi okulary i ma piękny uśmiech. Od Marii bije spokój i dobro - przez tydzień będziemy dzieliły pokój w hostelu, swoją historią podzieli się z nami dopiero któregoś dnia. Wydarzenie, w którym uczestniczymy, odbywa się w pięknej miejscowości nieopodal Budapesztu. Maria pochodzi z Węgier. Przez osiem lat mieszkała w stolicy. To miasto dość podobne do Krakowa. Jest odwiedzane przez miliony turystów, na których czekają liczne atrakcje. Maria bardziej pasuje mi do bibliotek niż klubów. Mówi bardzo dobrym angielskim i poleca antykwariaty. Drugiego lub trzeciego dnia przy kolacji opowiada nam o miejscu, w którym mieszka.

Wyjątkowy dom

Dom, w którym mieszka Marian jest zbudowany w całości z drewna i znajduje się... w środku lasu. W pobliżu nie ma sklepu ani innych zabudowań. Maria ma trzydzieści pięć lat i potrafi samodzielnie zrobić ser, świece, soki, bukiety, nie ma problemu z czynnościami domowymi. Brzmi zwyczajnie, prawda? W jej domu prawie wcale nie ma prądu – panel słoneczny umieszczony na dachu nie pozwala na nadmierne korzystanie z energii. Maria opowiada o tym, że dużo bardziej lubi czytać książki w blasku świec niż przy sztucznym świetle. Tłumaczy, że nie mają standardowej łazienki. Na zewnątrz budynku stoi wielolitrowa bania, której napełnienie wodą zajmuje nieco czasu. Po napełnieniu podgrzewa się ją przygotowanym wcześniej opałem, podkładając drwa pod zbiornik wody. Opowieść mojej seminaryjnej współlokatorki brzmi jak opis hotelu w centrum lasu – jeśli potrzebujesz się totalnie wyciszyć (wspomina, że nie ma tam zasięgu), zaprasza do siebie.

Od dragów stolicy po ciszę odludzia

To dla nas, rozmówców, oczywiście zdumiewające. Cóż, ani ja, ani nikt z moich znajomych nie decyduje się na życie w lesie, ten pomysł musi mieć swój cel. Pytamy Marii kto jeszcze mieszka w tym domu i czy służy do celów turystycznych. Uśmiecha się nieśmiało i tłumaczy, że prowadzi tam wsparcie leczenia uzależnień od narkotyków. Opowiada, jak sama trafiła do tego miejsca, by uporać się ze swoim nałogiem. Maria podczas studiów i życia w Budapeszcie próbowała, jak sama mówi, większości. Twierdzi, że jedyny narkotyk, po który nie sięgnęła to heroina. Kiedy udała się na rozmowę z lekarzem ten zasugerował jej, że to życie w wielkim mieście, pełnym możliwości i pokus jest dla niej zgubne i zalecił maksymalne wyciszenie się poza metropolią. O terapii Maria mówi krótko: odstawienie to bardzo ciężkie przeżycie. Jeszcze bardziej od jej miejsca zamieszkania zaskakuje nas jej szczerość, otwartość, praca. Teraz wspomaga ludzi chcących podjąć się leczenia uzależnienia od narkotyków. Doskonale rozumie ich położenie i wie, jaką moc ma ucieczka daleko od poprzedniego świata. Pokazuje, że leczenie nie musi przebiegać stereotypowo i ma ogromne szanse być skuteczne.